Na Straży 1965/5/07, str. 87
Poprzedni artykuł
Wstecz

Kącik dla młodzieży

MŁODY MĘCZENNIK

Było to roku 1556. W Anglii umarł król Henryk VIII, który z powodu małżeństwa swego zerwał stosunki z papieżem i siebie samego świeckim naczelnikiem kościoła ogłosił, przez co droga dla reformcji utorowaną została. Umarł też syn i następca jego król Edward VI w młodocianym wieku, wypełniwszy lat ledwie 20. Wstąpiła na tron Anglii siostra jego starsza, córka pierwszej żony króla Henryka, Katarzyny r. Hiszpanki, imieniem Maria. W dziejach Anglii słynie pod imieniem „Marii Krwawej”, ponieważ w fanatyzmie swoim dla wiary katolickiej w ciągu pięcioletniego panowania swego całe strumienie krwi ludzkiej przelała. Najszlachetniejsi ludzie Anglii, mężczyźni, niewiasty, dzieci, biskupi i świeccy, lordowie i prostaczkowie umierali w płomieniach, kładli swą głowę pod topór katowski, ginęli w więzieniach i na wygnaniu. W ciągu pięcioletnich rządów swych rozkazała Maria 277 osób żywcem spalić na stosie jako kacerzy, a ile ich innym sposobem zginęło, obliczyć trudno. Prawie miała zamiar urządzić w Anglii trybunał inkwizycji, jaki istniał w Hiszpanii, i wszystkie osoby o najmniejsze sprzyjanie reformacji podejrzane ukarać śmiercią, gdy ją nagle Pan Bóg odwołał śmiercią i od okropnego barbarzyństwa uwolnił Anglię. Zasiew Marii wydał owoce, ale przeciwne od tych, których się królowa spodziewała, bo zbrzydził w oczach Anglików wiarę katolicką, iż o niej długo słyszeć nie chcieli. Drugim takim krokiem budzącym niechęć do katolicyzmu było sprzysiężenie mające na celu parlament angielski wraz z królem, za pomocą beczek prochu do strzelania wysadzić w powietrze. Na szczęście w ostatniej chwili wykryto zamiar spiskowców jezuickich i okropnej zapobiegnięto klęsce. Wszystko było do wykonania zamiaru zręcznie przygotowane. Otóż za panowania Marii Krwawej popłoch i przerażenie w Anglii panowało. Biblia była zabronioną księgą, jej zwolenników na każdy dzień brano, wleczono do sądu i na śmierć prowadzono. Więzienia wszystkie były przepełnione, ewangelików można było brać i bez dalszych przyczyn wieść na zabicie, słowem w całym kraju panował terror nieopisany.

Historia przechowała nam obraz świadczący o okropnościach owego czasu. W więzieniu w Londynie znajdował się pewien ewangelik czekający wyroku śmierci, imieniem Dawid Moody, którego dla wiary wrzucono do ciemnicy. Było to w marcu, powietrze było zimne i surowe, deszcze padać nie przestały. Dawid Moody, siedząc w swym lochu podziemnym, miał ręce i nogi powrozami powiązane. Lecz cięższą nad pęta była boleść serca przygnębionego i niespokojnego o los swej rodziny. Dużo tygodni odtąd upłynęło, jak go pojmano, oderwano od rodziny i w więzieniu trzymano, bez najmniejszej wieści o losie rodziny. Stało się to z tego jedynie powodu, ponieważ go podejrzewano, że w Słowie Bożym ma upodobanie.

Zamyślony, siedział wśród tej ciemnicy, gdy naraz spostrzegł z dala odblask światła, które się w stronę pobytu jego zbliżało; wkrótce z łoskotem otwarto drzwi komory jego, a stróż więzienia, stojąc przed uwięzionym, rzekł; Dawidzie Moody, wstań; oto jest twój syn przyszedł cię odwiedzić”. Do komory wstąpił dzielny młodzieniec o pięknych rysach twarzy, syn jego liczący lat 17.

Po pierwszym radosnym powitaniu pytał się ojciec, co się w domu dzieje i co na świecie, z którym od dawna nie ma już styczności. „Powiedz mi, Jakubie, co robi matka, jak się braciom wiedzie? – „Kochany ojcze”, rzekł młodzieniec, nam się niedobrze wiedzie. – Matka chorowała i dużo cierpiała. Ale my to wszystko spokojnie znosimy, jedynie dla ciebie. W świecie wszędzie tylko strach i przerażenie. Sąsiedzi nasi Smith i Lee musieli obydwa życie położyć za wiarę. Ach, ojcze, lepiej by nam było nie żyć, niż takich ciężkich doczekać się czasów. Lecz powiedz, ojcze, jak ty się tu miewasz? – „Jeden dzień po drugim, zawsze jednako, bez najmniejszej zmiany”, odpowiedział ojciec, „sam na sam z sobą i ze wspomnieniem smutnych doświadczeń, które tu przechodzę”. – „Masz ty, mój synu, tę księgę święta, w którejśmy z taką ochotą czytywali”? – „Tak jest, ojcze miły, a ileż to ona dała nam pociechy.” – Ach, mój miły synu. Gdybym tę księgę miał tu u siebie. Dzień po dniu siedzę tu w tych kajdanach, zajęty myślami. Jakżeby mi też było tu lepiej, gdybym nad nią zawisnął i w niej się zagłębił. Czy nie mógłbyś mi jej jakoś dostarczyć”. – „Chętnie to uczynię ojcze. Z pomocą Bożą ci jej dostarczę”.

Stróż znowu otworzył drzwi, wzywając syna, by ojca opuścił. Ten zawisnąwszy na jego szyi, ucałował mu rękę i wyszedł. Biedny Dawidzie, za drzwiami celi stali szpiedzy i każde słowo rozmowy słyszeli.

Upłynął znowu jeden dzień i drugi – przyniósłszy jednym szczęście i radość, drugim znowu łzy i narzekanie. Deszcz nie ustawał, a niebo jak wczoraj, było ponure. Do więzienia Dawida Moody ani jeden promień słońca się nie dostał. Wtem jakieś jęki bolesne, słyszy, z daleka się odzywają. Wyraźnie słyszy, jakby głosy ludzkie, a między tym znowu bicie, uderzanie. To jęczenie i to narzekanie trwało kilka godzin, a znowu naprzemian huczały razy i bolesne cięgi. W końcu koło wieczora nieco ustały. Na dworze deszcz padał i wiatry okropnie wyjąc huczały.

W samotnej swej celi siedział Dawid Moody, ciężkie kajdany na rękach i nogach; sercem jakaś dziwna targała boleść. Ten głos jęczący nie był mu obcym, już go gdzieś słyszał – tylko w inny sposób. Cóż to być może?

Nastała noc; wiatry się nieco uspokoiły, tylko deszcze zawsze z dachu pluskały. Dawid Moody siedział w swej komorze, bolesne myśli chodziły po głowie. Wtem znowu zdała dochodzi blask światła, słyszeć jakiś szelest, jak gdyby ludzie jakiś ciężar nieśli; ciężkie ich nogi niepewnie stąpają. U drzwi Moody'ego stanęli; potem się z łoskotem drzwi celi otwarły i trzej mężczyźni weszli do wnętrza, niosąc jakiś ciężar, obwinięty prześcieradłem. U nóg jego położyli go na ziemię. „Wstań, Dawidzie Moody” – odezwał się mocno stróż więzienia; „wstań, oto masz. gościa. Niesie ci Biblię”.

Był to syn jego, ten sam, co przedwczoraj odwiedził ojca. Ręce były skrępowane, oczy w słup obrócone, a twarz okropnie zmieniona, wybladła. Na piersiach miał Biblię swej matki mocno przywiązaną.

Dawid Moody stał blady i wyprostowany, o ile na to więzy pozwalały, długim, bolesnym spojrzeniem patrzał na przemienioną martwą postać syna, którego tak kochał. Trudno opisać, jakie to myśli strapionemu ojcu po głowie chodziły. Patrzał nań w milczeniu i patrzał, jakby od niego oczu oderwać nie zdołał. Naraz się zachwiał i padł – nieżywy obok syna swego tak okropną śmiercią zgładzonego z świata.

Młodego Moody'ego ubiczowano, a tak go okropnie bito i męczono, aż pod biczami oprawców swoich ducha wyzionął. Nie jego jedynie, taki los spotkał tysiące młodzieńców, których dla wiary Chrystusa na śmierć biczowano, aż ducha wydali. Takim barbarzyństwem wsławiło się w Anglii panowanie owej Marii „Krwawej”, tej fanatycznej prześladowczyni ewangelików.

Gdyby tak dziś jeszcze, w co nie wierzymy, podobne czasy prześladowania dla wiary wrócić miały, ileżby też znalazło się serc wiernych, gorliwych, które by jak ów młodzieniec dla Słowa Bożego i dla wiary Ewangelii życie ofiarować zdołały. Nie wiemy tego, ale nam się zdaje, żeby ich liczba nie była wielką.

KAL. EW. 1910


Następny artykuł
Wstecz   Do góry